… przedpremierowo. Kilka fotografii arkuszy świeżo przywiezionych z drukarni, jeszcze niezebranych. Całość będzie gotowa jutro.
poniedziałek, 28 czerwca 2010
wtorek, 22 czerwca 2010
Końcówki…
… nareszcie wyszły z drukarni. Zajęło to niemal miesiąc, ale to przede wszystkim ze względ na oprawę zintegrowaną. Druk całości wykonał Stabil, a oprawę – Colonel.
Wyszło całkiem przyjemnie, jak sądzę.
Tom Końcówki. Henryk Bereza mówi Adama Wiedemanna i Piotra Czerniawskiego inauguruje nową serię Korporacji Ha!art: literatura non-fiction. W najbliższym czasie w tej serii ukażą się wywiad rzeka Piotra Mareckiego z Marianem Pankowskim Nam wieczna w polszczyźnie rozróba, patchwork wspomnieniowy o Janie Stoberskim, książka reporterów Dużego Formatu o Ryszardzie Aptem, a w dalszej perspektywie – kilka tomów Jadwigi Stańczakowej (m.in. tom wspomnieniowy o Mironie Białoszewskim). Wszystkie książki spoczywają już na twardym dysku bądź na regale w opasłych teczkach i czekają na chwilę opracowania...
Póki co kilka słów o Berezie. Wiedemann i Czerniawski przed kilkoma laty przeprowadzili szereg wywiadów z Henrykiem Berezą. Rozmawiali z nim o losach literatury najnowszej, o powiązaniach literatury, sztuki, polityki, obyczajów etc. – czyli o wszystkim tym, o czym uczy się każdy student polonistyki. Ważne jednak jest przede wszystkim to, jak to jest pokazane: mamy bowiem do czynienia z rozmową właśnie, z historią mówioną, która w żywej narracji zyskuje nieco inny kształt niż w wycyzelowanej pieczołowicie i ociosanej ze zbędnych chropowatości stylistycznych retoryce podręcznikowej. Mamy do czynienia z opowieścią tout court o kawale historii polskiej literatury, opowiedzianego przez człowieka, który od zawsze wzbudzał kontrowersje, ale przede wszystkim czytał literaturę, by tak rzec, egzystencjalnie – co w tym ujęciu rozumiem jako lekturę nie akademicką, nie metodyczną, tylko emocjonalną, uczestniczącą, zaangażowaną. I tu Wiedemann i Czerniawski indagujący Berezę przechodzą do – moim zdaniem – sedna tej książki, a mianowicie do tego, czym jest, może być (powinna?) krytyka literacka. Bereza nie odżegnuje się od pewnej stronniczości, broni swoich decyzji krytycznych, ocen, które uznawane były za kontrowersyjne. Przedstawia własną, ciekawą politykę krytyczną, która w pewnej mierze znajduje odzwierciedlenie w kształcie, jaki przybrała ta książka: historii mówionej – a więc pełnej nieoczekiwanych zwrotów, załamań, zawirowań, powtórzeń, retardacji, zawikłań, które w pewnej mierze oddają dość nielinearny sposób odbioru literatury przez krytykę. Taką „prawdę” o literaturze i jej krytyce próbowali przekazać Bereza, a wraz z nim Wiedemann i Czerniawski.
Tyle uwag nt. treści – poważniejszą ocenę pozostawmy czytelnikom i – jakżeby inaczej – krytykom.
Jeszcze kilka słów o kwestiach wydawniczych. Nad kształtem książki pracowaliśmy razem z Agatą Biskup. Na okładce znalazło się znakomite zdjęcie Andrzeja Georgiewa (zrobione raptem parę miesięcy temu w warszawskim mieszkaniu Berezy). Mamy już przygotowane także zdjęcie Pankowskiego jego autorstwa – równie znakomite. Agata zaproponowała dość minimalistyczną estetykę, co moim zdaniem sprawdza się dość dobrze w przypadku książek literackich. Na okładce i stronach tytułowych użyła Geogrotesque – eleganckiego, a jednocześnie dość nowoczesnego kroju Eduarda Manso.
Proporcje książki zostały ustalone według skali chromatycznej – 140 x 225 mm, czyli seksta mała. Kolumnę i marginesy wykreśliłem według kanonu Van der Graafa/Jana Tschicholda. Do składu użyłem nowoczesnego kroju Josa Buivengi – Calluna. Lekko skierowane ku górze szeryfy nadają literom lekkości, co powinno sprawić, że tekst będzie przyjemniejszy w czytaniu. Tekst podstawowy złożyłem Calluną 10,3/12,5, pozostałe wielkości ustaliłem zgodnie z regułami złotego środka według splecionego podwójnego ciągu Fibonacciego.
Z informacji dodatkowych – książka zawiera kilkadziesiąt zdjęć Berezy i innych bohaterów jego opowieści, między innymi Marka Hłaski oraz indeks nazwisk i tytułów.
środa, 19 maja 2010
Jak uratowałem życie Zenka Fajfera… / liberatura rehernased
Tytuł skomponowany zaiste zgodnie ze starożytną zasadą, której nauczyli mnie na dziennikarstwie: when it bleeds it leads… Wprawdzie krwią nie ocieka, ale z pewnością oko przykuwa, przekłuwa, oka-lecza, by na koniec (o)patrzyć. Nie da się ukryć, że brzmi dramatycznie, zapewniam jednak, że jest prawdziwy w każdym calu. A to, panie, było tak:
Jak to już należy do tradycji, długie godziny przepędzaliśmy w ostatnich dniach, ślęcząc we troje z Zenkiem i Kasią nad kolejną pozycją serii LIBERATURA, a mianowicie dwujęzycznym tomem tekstów zebranych Zenka, który Kasia zredagowała i na angielski przetłumaczyła. Jego pełny tytuł brzmi: Liberatura czyli literatura totalna. Teksty zebrane z lat 1999–2009 (Spis treści wklejam na końcu tekstu). Kasia i Zenek zgromadzili najważniejsze teksty Zenka nt. liberatury, począwszy od inicjacyjnego tekstu Liberatura. Aneks do słownika terminów literackich opublikowanego w 1999 roku na łamach „Dekady Literackiej”, aż po 496 słów podsumowania opublikowane w roku 2010 na portalu Ha!artu. Poza tym w tomie wprowadzenie autorstwa Wojciecha Kalagi, 3 komentarze – Kasi Bazarnik, Agnieszki Przybyszewskiej i Łukasza Jeżyka – oraz obszerna, dziesięciostronicowa bibliografia.
Kilka słów na temat układu/wyglądu tomu: dwie paralelne części, polska i angielska, teksty „meta” – czyli wstęp i komentarze złożone krojami pism Adobe Garamond Pro (everybody loves Garamond), a teksty Zenka zasadniczo Palatino Linotype. Wybór padł na ten krój przede wszystkim ze względu na sentyment do ww. artykułu w „Dekadzie Literackiej”, który złożono właśnie tym krojem. Zasadniczo zaś dlatego, że oczywiście sporo jest miejsc, w których kroje odgrywają rolę kluczową: fragment tekstu złożony Arialem (sic! obyś książkę Arialem składał...:/), fragment Timesem, a nawet w jednym miejscu pojawił się Trajan Pro (żeby było klasycznie, hieratycznie, statecznie i w ogóle ą, ę – kto zetknął się choćby z trójksięgiem Zenkasi, ten wie, że to jest szalenie istotne w interpretacji). Oczywiście, trudno do tej książki przykładać miarę taką samą jak do każdej, by tak rzec, standardowej produkcji, ale dołożyliśmy wszelkich starań, żeby całość uczynić klarowną, przejrzystą i elegancką.
Z ciekawostek, najwięcej czasu zajęło mi (poza wyrabianiem korekty, brrr) graficzne opracowanie liberatury. Znów – dosłownie i w przenośni – ponieważ idzie o tekst opublikowany w tomie Liternet.pl pod redakcją Piotra Mareckiego. Tekst ten ociera się oczywiście o parę gatunków na raz: od tekstu teoretycznego, przez historyczny, poniekąd publicystyczny, aż po poezję konkretną. I tuż właśnie leży pies pogrzebany: trzeba było zadbać o to, żeby L przypominało L, a B miało brzuszki jak B. I mamy takie na przykład Big B, z którego jestem szczególnie zadowolony:)
Zenkowi tak się spodobały te brzuszki rozmaite i fancy zawijasy, że wersję trzecią tego artykułu (w Liternecie była druga) opatrzył nadtytułem: „wersja podhernasowana” / „rehernased version”:) Bardzo mi miło i dziękuję.
I na koniec przechodzę do tego, od czego powinienem był zacząć (dziennikarski syn marnotrawny;)): jak ocaliłem życie Zenka Fajfera? Otóż w tekście Łukasza Jeżyka poświęconym analizie Zenkowych dwudziestu jeden liter (które wraz z ten letters ukazują się równocześnie z tomem pism zebranych – por. wpis Kolejny tekst o pośladkach) pojawia się cytat:
Zenon wprawdzie nigdy nie istniał, ale za to żyje wiecznie.
J
e
g
o
ż
y
c
i
e
s
k
ł
a
d
a
s
i
ę z nieskończonej ilości nieruchomych chwil. [ djl ]
I właśnie tutaj wykazałem się zaskakującym zrozumieniem dla poezji najnowszej i… ocaliłem, życie Zenka Fajfera, choć mogłem je złamać;) Dowcip z cyklu przychodzi font do fontu i mówi… (dzięki, Kuba), ale dość dobrze oddaje powagę sytuacji. Więc mamy casus jak ze słynnej opowieści o humanizmie Lenina. Golił się, przyszła dziewczynka i przeszkadzała mu. Mógł zabić, nie zabił – humanista. Taak.
Podsumowując: jak mówi Zenek, książka jest jak na serię niezwykle prosta, choć… krzywa. O właściwe zakrzywienie czasoprzestrzeni książki wydrukowanej w Stabilu postara się tym razem drukarnia Skleniarz, bo, jak się okazało, w Stabilu mają zbyt nowoczesne maszyny, co skutecznie uniemożliwia psucie książki mało wyrafinowanymi środkami.
Na te krzywizny już się skarżyłem na Facebooku, tak więc tylko odnotuję, że w projekcie książki (a więc i w układzie każdego najdrobniejszego jej elementu) musieliśmy z Zenkiem uwzględnić przypadkowość gestu drukarskiego, który w tym przypadku może mieć skutki zaiste kastracyjne. Czy nam się udało – czas pokaże. Obiecuję (solennie, ale powiesić się za niedotrzymanie obietnicy nie dam), że będę na bieżąco donosił, jak się książka drukarsko miewa.
(Hm. Zaczynam personifikować książki. Za dużo czasu z Zenkiem, zdecydowanie… Ale, ale. Coś w tym jest przecież, skoro – nawet nie uwzględniając pierwiastka liberackiego – zdarzało mi się myśleć o książkach, które redagowałem/korygowałem/składałem etc. z czcią niemal nabożną. Kto się tym kiedyś zajmował, pewnie wie, co mam na myśli. You’ll never know for sure, choćbyś się nie wiem jak starał. Ale dość tych metafizyk liberackich).
W programie
Przedmowa: Czas na liberaturę · str. 7
Katarzyna Bazarnik
Wstęp: Liberatura: słowo, ikona, przestrzeń · str. 9
Wojciech Kalaga
Zenon Fajfer · Teksty zebrane
Liberatura. Aneks do słownika terminów literackich [ 1999 ] · str. 22
Liberatura czyli literatura totalna. (Aneks do „Aneksu do Słownika terminów literackich”) [ 2001 ] · str. 29
liryka, epika, dramat, liberatura [ 2002 ] · str. 43
Liberatura: hiperksięga w epoce hipertekstu [ 2003 ] · str. 50
Nie(o)pisanie liberatury [ 2003 ] · str. 60
Liber Europae (fragment) (z Katarzyną Bazarnik) [ 2004 ] · str. 66
Joyce – nieproszony gość w państwie Platona [ 2004 ] · str. 68
Po czym odróżnić liberaturę od literatury (wybrane szczegóły anatomiczne) [ 2004 ] · str. 81
Krótka historia liberatury (z Katarzyną Bazarnik) [ 2004 ] · str. 85
W stronę liberatury [ 2005 ] · str. 93
Liberum veto? (odautorski komentarz do tekstu „Liberatura. Aneks do słownika terminów literackich”) [ 2005 ] · str. 110
Muza liberatury (czyli kto się boi wdowy Wadman) [ 2005 ] · str. 115
Dwa Rzuty kośćmi czyli szczególna i ogólna teoria liberatury (z Katarzyną Bazarnik) [ 2005 ] · str. 123
Od kombinatoryki do liberatury. O nieporozumieniach związanych z tzw. „literaturą eksperymentalną” [ 2008 ] · str. 127
Liberatura – pięć sylab w poszukiwaniu definicji [ 2008 ] · str. 133
Jak liberatura redefiniuje książkę artystyczną (fragment) [ 2009 ] · str. 134
Liberatura w E-świecie [ 2009 ] · str. 141
Liberatura – 496 słów podsumowania [ 2010 ] · str. 148
Coda: Liberatura czyli o powstawaniu gatunków (literackich) · str. 151
Katarzyna Bazarnik
Posłowie: Dziesięć lat liberatury (Historia w dużym skrócie) · str. 164
Agnieszka Przybyszewska
Aneks: Widzieć, wierzyć, wiedzieć. dwadzieścia jeden liter Zenona Fajfera · str. 174
Łukasz Jeżyk
O autorach · str. 187
Bibliografia / Bibliography · str. 188
poniedziałek, 29 marca 2010
Kolejny tekst o pośladkach
Jakiś czas temu spotkaliśmy się z Zenkiem w moim mieszkaniu, żeby złożyć wstępnie instrukcję obsługi instrukcji obsługi. I jak to zwykle w takich przypadkach bywa (składamy tak książki z Zenkiem już parę lat) zanim przeszliśmy do rzeczy, zdążyliśmy omówić całe mnóstwo mniej, a czasem bardziej wyabstrahowanych spraw. Jedną z nich były pośladki pewnej znanej aktorki Teatru Dramatycznego… Nie ma sensu wdawać się tu w rekonstrukcje wszelkich argumentów pro i contra – dość rzec, że wzbudziła ona niejakie emocje, i Zenka, i moje. Piszę o tym jednak nie dlatego, że dalej dręczy mnie ten temat, tylko dlatego, że pośladki po paru tygodniach powróciły…
I to bynajmniej nie za sprawą cichnącej z wolna wrzawy medialnej wokół ww. pośladków ww. aktorki, tylko za sprawą kolejnego tomu z serii LIBERATURA. Tym razem Zenek wziął na warsztat książkę własnego autorstwa, która nosi magiczny tytuł Dwadzieścia jeden liter. Opublikowana zostanie wraz z anglojęzycznym tłumaczeniem zbioru Zenka autorstwa Krzysztofa Bartnickiego pod tytułem Ten letters oraz dwujęzycznym wydaniem Primum Mobile, które dołączone zostanie na płycie CD do podwójnego (potrójnego?) tomu. Publikacja już niebawem. Jeśli chodzi o zawartość, to jest to zbiór wierszy (określenie autora) skonstruowanych/napisanych zgodnie z zasadami rzemiosła liberackiego – czyli łączących treść i formę przekazywanych treści (w tomie m.in. utwory: Niedorzeczność mogą Czytelnicy pamiętać z jednego z poprzednich numerów ha!artu [nr 1–2 (28–29) – przyp. red.], podobnie z Ars numerandi [nr 26 – przyp. red.] i Ars poetica [red. – poddaje się]). I tu właśnie pojawił się Problem Pośladków [w skrócie PP – zastosować w przypadku następnego pojawienia się – przyp. red.]…
Kiedy skonstatowaliśmy z Zenkiem ów humorystyczny fakt zaistniałego przypadkiem kontekstu utworu Zenka, długo nie mogliśmy się pozbierać (do pracy), ale już wtedy pewien byłem, że temat jest jak znalazł na bloga. Zenek nieco zaniepokoił się tą perspektywą i poprosił, żebym wcześniej rzecz przeczytał (tzn. ów wiersz), co też uczyniłem. I mogę z sumieniem spokojnym rzecz całą zreferować.
Mowa o utworze [ Ars lectoria ] [niedobrze wyglądają te nawiasy graniaste w kursywie, eh… - przyp. red.]. Jest to scenka rodzajowa z życia pewnego Poety (na pewno Autora); twórca tworzy; pojawia się muza (kłopoty, oczywiście); odrywa go od czynności wyższego rzędu; siada zamyślona… i powołuje do istnienia moją bodaj ulubioną rozkładówkę (par excellence) w historii lib/teratury.
Żeby nie zdradzać szczegółów, powiem tylko tyle, że następne trzy kwadranse deliberowaliśmy z Zenonem nad możliwymi sposobami klejenia książki, żeby te pośladki miały w sobie jak najwięcej czaru i powabu.
PS dla doPełnienia Profesjonalnych Powinności Powinienem Powiedzieć, że PP Powinien zyskać w Polskiej Publicystyce Poświęconej Poezji Pierwszoplanową Pozycję, Przeto Proponuję Podtytuł wPisu: „o erotycznych aspektach twórczości liberackiej”.
PPS Problem Powabnych Pośladków.
[komentarz Zenka Fajfera]
Poza tym, że tekst Plugawy :-) nieco, Pewne w nim nieścisłości. Przekład został Poczyniony Przez Katarzynę Bazarnik, nie Krzysztofa Bartnickiego, a "Ars Poetica" i "Ars Lectoria" zostały opublikowane odległą już Porą w olsztyńskim "Portrecie" nr 18/2004.
Proszę Prędko Poprawić :-)
A na wierszu siadła nie muza, tylko Teściowa. Muza traktuje moje wiersze ze stosowną czcią i uwielbieniem.
niedziela, 14 marca 2010
Tessera
„Musimy zaprzestać starań, by poznać tych, z którymi łączy nas coś istotnego; rozumiem przez to, że powinniśmy przyjmować ich w relacji z nieznanym, w której i oni nas przyjmują, w naszym wyobcowaniu. Przyjaźń, ta relacja bez zależności, bez epizodu, a mimo to zawierająca w sobie całą prostotę życia, przechodzi obok rozpoznania zwyczajnej obcości, która nie pozwala nam mówić o naszych przyjaciołach, lecz tylko mówić do nich, nie czynić z nich przedmiotu rozmowy (albo eseju), lecz ruch rozumienia, w którym, mówiąc do nas, zachowują, nawet na najbardziej poufałych zasadach, nieskończony dystans, fundamentalne oddzielenie, na bazie którego to, co oddziela, staje się relacją. Tutaj dyskrecja nie leży w prostej odmowie wyjawiania zwierzeń (jak wulgarna wydaje się nawet sama myśl o tym), lecz jest interwałem, czystym interwałem, który – ode mnie do tego innego, który jest moim przyjacielem – mierzy to wszystko, co między nami, zerwanie bycia, które nigdy nie uprawnia mnie do użycia jego lub mojej wiedzy o nim (nawet gdyby celem miała być pochwała), i to właśnie, najdalej od jakiejkolwiek próby uniemożliwienia wszelkiej komunikacji, prowadzi nas razem w różnicy i czasami ciszy mowy”.
Maurice Blanchot Przyjaźń (przeł. marcin hernas)
czwartek, 11 marca 2010
Goritz w Lokatorze
Zdjęcia z wczorajszego spotkania z Matthiasem Goritzem, autorem Krótkiego snu Jakoba Vossa.
Na zdjęciach: Autor, Grzegorz Jankowicz - redaktor serii PROZA korporacji ha!art, w której ukazała się ta powieść - prowadzący spotkanie, oraz tłumaczka Elżbieta Styczeń. Fot. marcin hernas | tessera
Na zdjęciach: Autor, Grzegorz Jankowicz - redaktor serii PROZA korporacji ha!art, w której ukazała się ta powieść - prowadzący spotkanie, oraz tłumaczka Elżbieta Styczeń. Fot. marcin hernas | tessera
wtorek, 9 marca 2010
Barfuss i Goritz
Po długich potyczkach z tłumaczką Marią Skalską i Jackiem Burasem – redaktorem serii KROKI, które czuwa nad wydaniem książki Barfussa – udało się osiągnąć porozumienie w wszelkich newralgicznych kwestiach natury translatorskiej, redakcyjnej i interpunkcyjnej. Historia obfitowała w wiele dramatycznych zwrotów akcji, intryg, qui pro quo, pars pro toto i sine qua non, a przy tym ustaliliśmy z Panią Marią, że... accent aigu to akcent na Suwałki, a accent grave to akcent na Szczecin...
Książka poszła do świecenia. Uff.
Jeśli chodzi o okładkę, to ustalono już notkę na czwartą stronę. Brzmi ona następująco:
Kwiecień 1994 roku. Na ulicach Kigali szaleje tłum. Totalitarny reżim, w który kraje zachodnie wpompowały miliony, w obliczu utraty władzy organizuje masakrę ludu Tutsi. David, pracownik szwajcarskiej organizacji do spraw współpracy rozwojowej i pomocy humanitarnej, zostaje w mieście i przez sto dni ukrywa się w swoim domu. Myśli o fiasku politycznego projektu pomocy Afryce i o ukochanej kobiecie, którą poznał w ogarniętym wojną domową kraju.Powieść Lukasa Bärfussa opowiada o jednym z najciemniejszych rozdziałów w dziejach Afryki, o wydarzeniach, w które jesteśmy uwikłani bardziej, niż nam się wydaje. Historia moralnej pomyłki, która umożliwiła jedną z największych zbrodni stulecia. Historia miłości dwojga ludzi w czasie chaosu.
Lukas Bärfuss (ur. 1971 w Thun, w Szwajcarii) – zaliczany jest do najbardziej cenionych niemieckojęzycznych dramatopisarzy ostatnich lat. Jego sztuki są grane na całym świecie. Jest laureatem licznych nagród, między innymi prestiżowej Nagrody Dramatopisarskiej Miasta Mühlheim. Sto dni to jego pierwsza powieść. W Polsce ukazały się sztuki Bärfussa: Seksualne neurozy naszych rodziców oraz Autobus (obydwie w wydawnictwie Księgarni Akademickiej, w 2006 roku).
Autorem blurbu jest tym razem Wojciech Jagielski:
Sto dni to przejmująca książka o zbrodni, zdradliwej i obezwładniającej potędze nienawiści, o zwątpieniu, rozczarowaniu, o pogardzie i goryczy, towarzyszącej poczuciu klęski. A także o dobrych intencjach, które w czas próby przepoczwarzają się w swoje zaprzeczenie. W taki sposób o rwandyjskiej tragedii sprzed lat jeszcze nie pisano.
Przytaczam słowa Jagielskiego na końcu, ponieważ wydaje mi się, że znakomicie trafia w kilka kluczowych walorów powieści Barfussa. W tym momencie chciałbym zwrócić uwagę na jeden, a mianowicie na owe „dobre intencje, które w czasie próby przepoczwarzają się w swoje zaprzeczenie”. To w istocie chyba jeden z boleśniejszych wymiarów tej książki.
Inicjalny fragment powieści ukazuje głównego bohatera, Davida – pracownika jednej z organizacji działających na terenie Rwandy, opowiadającego historię tytułowych stu dni (i czasu je poprzedzającego) narratorowi. David stwierdza:
— Wierzyłem w dobro — mówi — chciałem pomagać ludziom, tak jak wszyscy z Dyrekcji. Nie tylko wyciągać z biedy jakichś ludzi, pojedyncze osoby, ja naprawdę chciałem pomagać w postępie ludzkości. Rozwój to był dla nas nie tylko postęp w gospodarce, budowa dróg, zalesianie. Dla nas to było rozwijanie świadomości ludzi, wychowywanie ich w duchu powszechnej sprawiedliwości
Jak można się domyślić, jego poglądy uległy jednak w wyniku wydarzeń 1994 roku istotnym modyfikacjom…
Kiedy w trakcie lektury natknąłem się na ten fragment, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że książka Barfussa wchodzi w pewien dialog z poprzednim tomem serii, a mianowicie Krótkim snem Jakoba Vossa Matthiasa Goritza. W przypadku tej książki również mamy do czynienia z pewnym projektem społecznym, który przybiera kształt radykalnie odmienny od zamierzonego przez jego autora. Tytułowy sen zamienia się w koszmar… By nie zdradzać szczegółów, cytuję fragment pochodzący z heroicznego (acz niepozbawionego w ujęciu Goritza pewnej dozy fatalizmu) okresu działalności Jakoba:
Pomysł na dzielenie się zyskiem przyszedł mu do głowy po rezygnacji z urzędu burmistrza. Wyjaśnił go Ellen i synowi i przedstawiał każdemu, kto ich odwiedzał. Połączenie sprawiedliwości społecznej i odpowiedzialności handlowej, mówił. Cytował wielkich reformatorów, Marksa, Jeffersona, Smitha, porównywał swoje pomysły do pomysłów Saaba, gdzie robotnicy wykonujący monotonną pracę przy taśmie kształceni byli również w innych dziedzinach przedsiębiorczości i przygotowywani do pracy w grupach. Chciał, by świat stał się w ten sposób trochę sprawiedliwszy:— Miejsce, w którym pracujemy, to nasze miejsce w świecie. Nasze miejsce w życiu.Jakob Voss uważał się za przedsiębiorcę, który nie idzie drogą kapitalisty radykalnie zorientowanego na zysk i niedbającego o robotników; kogoś w rodzaju Roberta Owena, który w latach siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku na przykładzie swojej przędzalni bawełny w Lanark pokazał, że można osiągać zyski finansowe i jednocześnie wcielać w życie, a przynajmniej zacząć wcielać, nowy model społecznego współżycia, stworzyć rodzaj społecznej oazy.— Jak w Moby Dicku — mówił i rozkoszował się pełnymi irytacji spojrzeniami słuchaczy. Niewielu było takich, którzy znali jego ulubioną książkę.— Mieszkają na pokładzie statku, żeglują wspólnie, wspólnie polują na wieloryba. Tak mniej więcej już Grecy wyobrażali sobie życie w swoich miastach. Marynarze na pokładzie wielorybnika są jakby rodziną, jądrem — a morze jest dzikie. Dlaczego nie mieliby się dzielić zyskiem zależnie od tego, ile każdy z nich wkłada pracy i czego dokonuje? Ale to nie wszystko. Trzeba dać ludziom poczucie, że to, z czego żyją, należy również do nich. Oczywiście, że kapitan dostaje więcej — on kieruje, wydaje rozkazy! Ale właściciel statku, który siedzi w domu i nic nie robi poza tym, że wykłada kapitał? U mnie każdy harpunnik, każdy bosman czy nawet pomocnik kucharza dostanie kawałek deski, na której płynie. Oczywiście na tym porównanie się kończy, jesteśmy przecież na suchym lądzie. Ale rozumiecie, co mam na myśli?Rozumieli. I Voss mówił dalej.— Jeśli nie widzicie tego, dla czego dzień w dzień pracujecie, jeśli harujecie dla anonimowej firmy, anonimowego szefa i rady nadzorczej, której nigdy nie zobaczycie na oczy, to jaki to ma sens? Praca zajmuje pół życia. Może nie zmienimy tu społeczeństwa, ale w każdym razie strukturę zatrudnienia. Część wynagrodzeń będzie szła na inwestycje i będzie stawać się częścią wspólnej własności. W ten sposób każdy będzie coś z tego miał. Każdy musi być odpowiedzialny za całość. Na tym polega współudział w zyskach.„Współudział” i „uczestnictwo” były w okresie pierwszego odurzenia sukcesem jego ulubionymi słowami. Chłopiec nadal miał przed oczami obraz ojca uśmiechającego się, gdy robotnicy jeden po drugim wpisywali swoje nazwiska na listę.
Książki Goritza i Barfussa stawiają szereg niezwykle intrygujących pytań. I to nie tylko dlatego, że poświęcone zostały ważkim tematom (Treblinka dla zwierząt i ludobójstwo w Rwandzie), ale przede wszystkim dlatego, że wskazują na ich istotne więzi z najbardziej fundamentalnymi doświadczeniami ludzkimi: uczuciami, emocjami, pragnieniami, pożądaniem, seksualnością…
Jeśli chodzi o Goritza, to w najbliższych dniach będzie można wypytać go o najważniejsze inspiracje i motywacje przy pisaniu powieści: jutro zawita do Krakowa, a w piątek do Warszawy.
Barfuss natomiast pojawi się w Polsce prawdopodobnie w maju.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








