Pokazywanie postów oznaczonych etykietą redakcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą redakcja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 września 2010

Apte – uwagi o książce i nota wydawcy


Pierwsze pakiety Aptowskie już w Platonie, a za parę dni w księgarniach. Pora więc uzupełnić podstawowe informacje na temat książki. 


Dwuczęściowa publikacja ukazuje się jako tom 2 serii literatura non-fiction pod redakcją Piotra Mareckiego w Korporacji Ha!art. Składa się z reprodukcji zeszytu Aptego z cyklem Niepokój oraz książki Piotr Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego – reporterów „Gazety Wyborczej ”, laureatów nagrody Grand Press w kategorii reportaż prasowy w roku 2009 – którzy z okruchów wspomnień, cytatów, niedopowiedzeń, rysunków etc. upletli urzekającą opowieść o życiu artysty, który nie zdążył tak naprawdę artystą zostać. Dopiero teraz – między innymi dzięki ich pracy – ma na to szanse. 

Wydaje mi się, że nie ma sensu wdawać się w analizy ani powieści, ani cyklu Aptego. Zostawmy tę przyjemność Czytelnikom i Krytykom, których, mam nadzieję, zawartość zarówno książki, jak i teczki skutecznie uwiedzie. 
Przyda się może jednak parę słów na temat wyglądu pakietu. 

Teczka jest (względnie) wiernym odwzorowaniem zeszytu Aptego, w którym zachowały się jego rysunki. Zeszyt siłą rzeczy musiał przybrać postać teczki, o czym pisałem wcześniej. W środku 15 ilustracji z cyklu, dwa spisy treści, synopsa, stanowiąca próbę atrybucji tytułów ze spisu do poszczególnych ilustracji oraz strona tytułowa. Całość wydrukowana na papierze offsetowym, niefoliowana. Książka w całości złożona krojem Calluna autorswa Josa Buivengi (pisałem o nim w tekście o Końcówkach). 
Książka Głuchowskiego i Kowalskiego została złożona w nowej makiecie przygotowanej do tego tomu na postawie makiety serii. Format dostosowałem do wielkości zeszytu (160 × 200 mm). Proporcje oryginalne uległy zmianie, książka musiała zostać wyważona zupełnie inaczej – co dotyczy przede wszystkim marginesów wewnętrznego i zewnętrznego. Kroje i wielkości pism pozostały niezmienione. 

Powieść o Aptem została opatrzona Aneksem, w którym zgromadzone zostały wszystkie zachowane ilustracje (poza cyklem). Wszystkie zreprodukowane zostały w kolorze. 

Oprawa jest szyta, zintegrowana. 


Staraliśmy się jak najwierniej odwzorować to, co pozostało po Ryszardzie Aptem. Dotyczy to nie tylko układu tomu Niepokoju, ale również reprodukcji ilustracji - sposobu ich opracowania, układu etc. – a także doboru materiałów i kolorystyki. Zielona okładka zeszytu, wypłowiała i przybrudzona tu i ówdzie zapewne już w czasie, kiedy rysował w niej Apte, wprowadza specyficzną aurę, faktura niefoliowanego offsetu oddaje ciepło dotykającej go dłoni, a z całością przyjemnie koreluje jasnooliwkowy panton na okładce powieści. Nastrój publikacji buduje jednak chyba przede wszystkim ilustracja Aptego zreprodukowana na froncie – w oryginalnej barwie zżółkłego papieru.

Mam nadzieję, że te zabiegi sprzyjać będą przyjemnej lekturze powieści i cyklu Aptego. 

Miłej lektury zatem!

A dla wszystkich zainteresowanych tomem – poniżej napisana przeze mnie nota wydawcy. 












Nota wydawcy
Niniejsze wydanie Niepokoju Ryszarda Aptego zostało przygotowane na podstawie zeszytu z rysunkami, pozostawionego przez Autora w 1942 roku w domu rodziny Piaseckich w Wieliczce przy ulicy Sebastiana 15. Zeszyt ten został wydawcom udostępniony na czas przygotowania publikacji przez jego właściciela, pana Gerarda Piaseckiego.
Zeszyt pochodzi prawdopodobnie z lat trzydziestych dwudziestego wieku, na co wskazuje zarówno data na pierwszej stronie jego okładki, jak i mapa umieszczona na stronie czwartej.
Zeszyt ma format 158 × 202 mm. Z prawdopodobnie 16 kartek zachowało się jedynie 5. Pierwsza karta jest pusta; rysunki z pozostałych kart zreprodukowane zostały na stronach 130–133 książki.
Na trzeciej stronie okładki Autor w lipcu 1941 roku zestawił prawdopodobnie pierwszy spis treści cyklu, obejmujący 21 rysunków w trzech podcyklach (niektóre pozycje pozostały puste – nie mają nawet tytułów). Drugi zreprodukowany spis treści jest najprawdopodobniej późniejszy i odzwierciedla stan ostateczny cyklu. W tym spisie rysunki zostały podzielone na 5 podcykli po 3 rysunki.
Zeszyt Aptego stanowił również swoistą teczkę na zachowane luźne rysunki. W jego oprawach umieszczone były wszystkie zreprodukowane w niniejszej publikacji dzieła.
Zachowane rysunki są w większości datowane, co pozwoliło na przybliżone ustalenie kolejności ich powstawania. Układ w książce odzwierciedla zatem chronologię, która została ponadto skorelowana z tematyką cykli.
W zeszycie zachowało się również 15 rysunków, które bez wątpienia należą do cyklu Niepokój. Wskazuje na to przede wszystkim czas powstania, podobieństwo pod względem zastosowanej techniki i stylistyki oraz format rysunków. Wszystkie dzieła z cyklu zostały prawdopodobnie narysowane na kartkach formatu 160 × 245 mm, podzielonych uprzednio na dwie części. Taką tezę potwierdza wielkość rysunków z cyklu (w przybliżeniu 123 × 160 mm, ± 1 mm), a także wielkość rysunku ze s. 140 książki, który ma rozmiar 160 × 245 mm.
Jako redaktorzy podjęliśmy próbę przypisania poszczególnych rysunków do tytułów z drugiego zachowanego spisu treści, jednak w przypadku 5 z nich nie mieliśmy pewności co do właściwej atrybucji. Ustalenia i wątpliwości odzwierciedla tablica zestawiająca wszystkie rysunki z cyklu.
Ze względu na brak ostatecznej pewności co do układu uznaliśmy za jedyne możliwe rozwiązanie odtworzenie stanu zastanego, a więc zreprodukowanie rysunków w formie luźnych kartek, Czytelnikowi pozostawiając decyzję o przypisaniu tytułów do poszczególnych dzieł.
Ponieważ cykl Niepokój jest w naszym przekonaniu najpełniejszym wyrazem talentu Ryszarda Aptego, zdecydowaliśmy się wypełnić jego wolę i zestawić ilustracje z cyklu w osobny tom, za jego okładkę przyjmując zeszyt, w którym zostały zachowane.


===
Projekt teczki (na podstawie oryginalnego zeszytu), opracowanie redakcyjne, adiustacja, skład i łamanie powieści: Marcin Hernas | tessera 

środa, 25 sierpnia 2010

Teczki niepokoju


... słowa te brzmią co najmniej złowieszczo...








Choć określenie to pojawiło się po raz pierwszy zupełnie przypadkowo, okazuje się, że w niezwykle trafny sposób oddaje odczucia tych wszystkich, którzy w ten lub inny sposób zetknęli się z rysunkami Ryszarda Aptego. 
Mowa bowiem oczywiście o jednej z dwóch części nowej publikacji (w produkcji, premiera 8 września, pierwsze tysiąc sztuk teczki już gotowe) Korporacji Ha!art, czyli tomu drugiego serii literatura non-fiction złożonego z książki Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego pt. Apte. Niedokończona powieść i tomu rysunków Aptego zatytułowanego Niepokój. Publikacja poświęcona jest postaci zupełnie nieznanej, wspomnianej raptem w kilku tomach wspomnień, gdzieś na marginesie relacji o holokauście albo złotych latach dwudziestolecia międzywojennego. 
W 1942 roku Apte zginął w obozie koncentracyjnym w Stalowej Woli. Jego rodzice zginęli prawdopodobnie jeszcze przed nim. Jedyne, co po nim zostało, to ta garstka wspomnień, kilka rysunków w dziecięcych gazetkach i stary, rozpadający się zeszyt, który cudem przetrwał niemal siedemdziesiąt lat, aż do dnia dzisiejszego.








W zeszycie ostało się raptem kilka kartek z rysunkami, ale w jego oprawach zachowało się kilkadziesiąt szkiców. Za niepozorną okładką przedwojennego zeszytu, jakich pewnie tysiące walają się do dziś po strychach niektórych domów, ukryta została niezwykła opowieść o czasach Zagłady. Dotyczy to przede wszystkim piętnastu ilustracji składających się w cykl Niepokój. To z pewnością najistotniejsza część skromnej spuścizny Aptego. 
Piszę o cyklu, ale tak naprawdę mamy do czynienia z projektem cyklu, poświadczanym jedynie przez dwie wersje jego spisu treści. 
Niepokojowi towarzyszy więc niepewność. Dlaczego? 
Ponieważ w istocie cykl Aptego jest dziełem otwartym. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to, jaki kształt miał przybrać, czy miał być samoistnym dziełem, czy też częścią większej całości; czy kolejność ze spisu była ostateczna, czy też szkicowa etc. A co za tym idzie, nie ma jednoznacznej odpowiedzi, w jakiej formie powinna trafić do Czytelnika: czy jako linearny cykl, czy też jako... właśnie: jako co? 
Jako redaktorzy tomu Aptego uznaliśmy, że najbardziej zasadne będzie pozostawienie głosu Aptego w zawieszeniu. Skoro na zawsze uwiązł w jego gardle, doszliśmy do wniosku, że nie mamy prawa wyręczać go w kompozycji tomu. I postanowiliśmy przekazać Czytelnikom tom w takiej formie, w jakiej do nas dotarł. A więc w formie zeszytu, który z konieczności stał się teczką na ocalałe rysunki.








Każdy i każda z Was po otwarciu tej zielonej teczki zdecyduje samodzielnie, jak traktować, czytać, interpretować, rozumieć, a także – i może przede wszystkim – czuć cykl Aptego. Luźne kartoniki pozwolą Wam samodzielnie ułożyć historię egzystencjalnego doświadczenia Zagłady siedemnastoletniego Ryszarda. 
Zaproponowany przez nas układ nie jest zobowiązujący. Nie jest ostateczny. Z pewnością też nie jest jedynym możliwym. Wzięcie do ręki tomu oznacza więc nie tylko początek aktu lektury, ale również podjęcie wyzwania pisania – kontynuacji opowieści Aptego. 








Jestem pewien, że te rysunki nie pozostawią żadnego z Czytelników obojętnym. Nie sposób bowiem rozprawić się z nimi w prosty sposób, zaklasyfikować czy zaszufladkować ich jednoznacznie wyłącznie jako kolejnego świadectwa holokaustu i odstawić do lamusa. Jest w nich bowiem coś, co nie pozwala zasnąć – jak na rysunku Aptego, który znalazł się na okładce książki Głuchowskiego i Kowalskiego. 













Znana krytyczka sztuki, opisując wrażenia ze swojego zetknięcia z rysunkami Aptego, użyła słowa „bezradność”. To chyba najodpowiedniejsze słowo, żeby wyrazić odczucia oglądającego rysunki.
Owe teczki pełne są bowiem niepokoju, z którym nie tak łatwo sobie poradzić.

wtorek, 9 marca 2010

Barfuss i Goritz

Po długich potyczkach z tłumaczką Marią Skalską i Jackiem Burasem – redaktorem serii KROKI, które czuwa nad wydaniem książki Barfussa – udało się osiągnąć porozumienie w wszelkich newralgicznych kwestiach natury translatorskiej, redakcyjnej i interpunkcyjnej. Historia obfitowała w wiele dramatycznych zwrotów akcji, intryg, qui pro quo, pars pro toto i sine qua non, a przy tym ustaliliśmy z Panią Marią, że... accent aigu to akcent na Suwałki, a accent grave to akcent na Szczecin...

Książka poszła do świecenia. Uff. 

Jeśli chodzi o okładkę, to ustalono już notkę na czwartą stronę. Brzmi ona następująco: 

Kwiecień 1994 roku. Na ulicach Kigali szaleje tłum. Totalitarny reżim, w który kraje zachodnie wpompowały miliony, w obliczu utraty władzy organizuje masakrę ludu Tutsi. David, pracownik szwajcarskiej organizacji do spraw współpracy rozwojowej i pomocy humanitarnej, zostaje w mieście i przez sto dni ukrywa się w swoim domu. Myśli o fiasku politycznego projektu pomocy Afryce i o ukochanej kobiecie, którą poznał w ogarniętym wojną domową kraju.
Powieść Lukasa Bärfussa opowiada o jednym z najciemniejszych rozdziałów w dziejach Afryki, o wydarzeniach, w które jesteśmy uwikłani bardziej, niż nam się wydaje. Historia moralnej pomyłki, która umożliwiła jedną z największych zbrodni stulecia. Historia miłości dwojga ludzi w czasie chaosu.

Lukas Bärfuss (ur. 1971 w Thun, w Szwajcarii) – zaliczany jest do najbardziej cenionych niemieckojęzycznych dramatopisarzy ostatnich lat. Jego sztuki są grane na całym świecie. Jest laureatem licznych nagród, między innymi prestiżowej Nagrody Dramatopisarskiej Miasta Mühlheim. Sto dni to jego pierwsza powieść. W Polsce ukazały się sztuki Bärfussa: Seksualne neurozy naszych rodziców oraz Autobus (obydwie w wydawnictwie Księgarni Akademickiej, w 2006 roku).

Autorem blurbu jest tym razem Wojciech Jagielski:

Sto dni to przejmująca książka o zbrodni, zdradliwej i obezwładniającej potędze nienawiści, o zwątpieniu, rozczarowaniu, o pogardzie i goryczy, towarzyszącej poczuciu klęski. A także o dobrych intencjach, które w czas próby przepoczwarzają się w swoje zaprzeczenie. W taki sposób o rwandyjskiej tragedii sprzed lat jeszcze nie pisano.
           
Przytaczam słowa Jagielskiego na końcu, ponieważ wydaje mi się, że znakomicie trafia w kilka kluczowych walorów powieści Barfussa. W tym momencie chciałbym zwrócić uwagę na jeden, a mianowicie na owe „dobre intencje, które w czasie próby przepoczwarzają się w swoje zaprzeczenie”. To w istocie chyba jeden z boleśniejszych wymiarów tej książki. 

Inicjalny fragment powieści ukazuje głównego bohatera, Davida – pracownika jednej z organizacji działających na terenie Rwandy, opowiadającego historię tytułowych stu dni (i czasu je poprzedzającego) narratorowi. David stwierdza:

 — Wierzyłem w dobro — mówi — chciałem pomagać ludziom, tak jak wszyscy z Dyrekcji. Nie tylko wyciągać z biedy jakichś ludzi, pojedyncze osoby, ja naprawdę chciałem pomagać w postępie ludzkości. Rozwój to był dla nas nie tylko postęp w gospodarce, budowa dróg, zalesianie. Dla nas to było rozwijanie świadomości ludzi, wychowywanie ich w duchu powszechnej sprawiedliwości
Jak można się domyślić, jego poglądy uległy jednak w wyniku wydarzeń 1994 roku  istotnym modyfikacjom…

Kiedy w trakcie lektury natknąłem się na ten fragment, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że książka Barfussa wchodzi w pewien dialog z poprzednim tomem serii, a mianowicie Krótkim snem Jakoba Vossa Matthiasa Goritza. 

W przypadku tej książki również mamy do czynienia z pewnym projektem społecznym, który przybiera kształt radykalnie odmienny od zamierzonego przez jego autora. Tytułowy sen zamienia się w koszmar… By nie zdradzać szczegółów, cytuję fragment pochodzący z heroicznego (acz niepozbawionego w ujęciu Goritza pewnej dozy fatalizmu) okresu działalności Jakoba:

Pomysł na dzielenie się zyskiem przyszedł mu do głowy po rezygnacji z urzędu burmistrza. Wyjaśnił go Ellen i synowi i przedstawiał każdemu, kto ich odwiedzał. Połączenie sprawiedliwości społecznej i odpowiedzialności handlowej, mówił. Cytował wielkich reformatorów, Marksa, Jeffersona, Smitha, porównywał swoje pomysły do pomysłów Saaba, gdzie robotnicy wykonujący monotonną pracę przy taśmie kształceni byli również w innych dziedzinach przedsiębiorczości i przygotowywani do pracy w grupach. Chciał, by świat stał się w ten sposób trochę sprawiedliwszy:
  —  Miejsce, w którym pracujemy, to nasze miejsce w świecie. Nasze miejsce w życiu.
Jakob Voss uważał się za przedsiębiorcę, który nie idzie drogą kapitalisty radykalnie zorientowanego na zysk i niedbającego o robotników; kogoś w rodzaju Roberta Owena, który w latach siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku na przykładzie swojej przędzalni bawełny w Lanark pokazał, że można osiągać zyski finansowe i jednocześnie wcielać w życie, a przynajmniej zacząć wcielać, nowy model społecznego współżycia, stworzyć rodzaj społecznej oazy.
  —  Jak w Moby Dicku  — mówił i rozkoszował się pełnymi irytacji spojrzeniami słuchaczy. Niewielu było takich, którzy znali jego ulubioną książkę.
  —  Mieszkają na pokładzie statku, żeglują wspólnie, wspólnie polują na wieloryba. Tak mniej więcej już Grecy wyobrażali sobie życie w swoich miastach. Marynarze na pokładzie wielorybnika są jakby rodziną, jądrem  — a morze jest dzikie. Dlaczego nie mieliby się dzielić zyskiem zależnie od tego, ile każdy z nich wkłada pracy i czego dokonuje? Ale to nie wszystko. Trzeba dać ludziom poczucie, że to, z czego żyją, należy również do nich. Oczywiście, że kapitan dostaje więcej  — on kieruje, wydaje rozkazy! Ale właściciel statku, który siedzi w domu i nic nie robi poza tym, że wykłada kapitał? U mnie każdy harpunnik, każdy bosman czy nawet pomocnik kucharza dostanie kawałek deski, na której płynie. Oczywiście na tym porównanie się kończy, jesteśmy przecież na suchym lądzie. Ale rozumiecie, co mam na myśli?
Rozumieli. I Voss mówił dalej.
  —  Jeśli nie widzicie tego, dla czego dzień w dzień pracujecie, jeśli harujecie dla anonimowej firmy, anonimowego szefa i rady nadzorczej, której nigdy nie zobaczycie na oczy, to jaki to ma sens? Praca zajmuje pół życia. Może nie zmienimy tu społeczeństwa, ale w każdym razie strukturę zatrudnienia. Część wynagrodzeń będzie szła na inwestycje i będzie stawać się częścią wspólnej własności. W ten sposób każdy będzie coś z tego miał. Każdy musi być odpowiedzialny za całość. Na tym polega współudział w zyskach.
„Współudział” i „uczestnictwo” były w okresie pierwszego odurzenia sukcesem jego ulubionymi słowami. Chłopiec nadal miał przed oczami obraz ojca uśmiechającego się, gdy robotnicy jeden po drugim wpisywali swoje nazwiska na listę.

Książki Goritza i Barfussa stawiają szereg niezwykle intrygujących pytań. I to nie tylko dlatego, że poświęcone zostały ważkim tematom (Treblinka dla zwierząt i ludobójstwo w Rwandzie), ale przede wszystkim dlatego, że wskazują na ich istotne więzi z najbardziej fundamentalnymi doświadczeniami ludzkimi: uczuciami, emocjami, pragnieniami, pożądaniem, seksualnością…

Jeśli chodzi o Goritza, to w najbliższych dniach będzie można wypytać go o najważniejsze inspiracje i motywacje przy pisaniu powieści: jutro zawita do Krakowa, a w piątek do Warszawy. 

Barfuss natomiast pojawi się w Polsce prawdopodobnie w maju.




poniedziałek, 22 lutego 2010

Lukas Barfuss STO DNI



Lukas Barfuss Sto dni - druga książka w serii PROZA OBCA korporacji ha!art pod redakcją Grzegorza Jankowicza.

Projekt okładki: Justyna Sztela.

Rzecz wielce intrygująca, osnuta na kanwie wydarzeń 1994 roku w Rwandzie, więc gatunkowo mamy do czynienia z hybrydą powieściowo-reportażową (acz więcej jest chyba powieści). Niebywałe, że można napisać tak przekonujące studium psychologiczne - miłości, pożądania, czystości, porządku, władzy, przemocy i zbrodni, a także ich wzajemnych powiązań i współzależności - a zarazem zachować wiarygodność i nie popaść w banały z jednej lub patos z drugiej strony. Barfussowi się udało.

Na zachętę jeden z moich ulubionych fragmentów, w którym połączone zostają trzy dyskursy i trzy porządki aksjologiczne. Brawura autora (i tłumaczki) w całej okazałości:


Już prawie nie spotykaliśmy się w weekendy – oświadczyła, że nie chce, żebym ją żywił, jak to określiła, nagle uznała, że to dziecinne i niestosowne, by przesiadywać przy drinku na werandzie. Od czasu do czasu przychodziła do willi Amsar wieczorem w niedzielę, po rozejściu się ostatnich demonstracji, zmęczona, spocona, z grubym rulonem politycznych manifestów, dwunastopunktowych programów pod pachą; czytała je na werandzie przy świetle świecy, zupełnie nie zwracając na mnie uwagi. Oczywiście, że wolałbym rozmawiać, ale ilekroć próbowałem wciągnąć ją w dyskusję, milkła już po kilku zdaniach i rozmowa zamierała, co i tak było lepsze, niż kiedy zaczynała te swoje przemowy, wyjeżdżając z frazesami, które zasłyszała, z paranoicznymi wyobrażeniami, które próbowała ożywić, nadać im własny ton, jednak one tylko posługiwały się jej aparatem mowy, aby szerzyć się jak wirus, który nie może żyć samodzielnie i potrzebuje komórki gospodarza, aby się namnażać. „Nie pozwolimy, by zaprzepaszczono zdobycze rewolucji społecznej. Feudoanarchistyczne elementy nie akceptują woli narodu, wyrażonej w rewolucji 1959 roku, a przede wszystkim w referendum Kamarampaka 25 września 1961”. To oczywiste, że nie można przez cały tydzień obracać w ustach takich zdań, a potem jak gdyby nigdy nic tymi samymi ustami lizać małego jakiemuś umuzungu. „Może i skolonizowaliście nasz kraj, ale nie pozwolę, żebyś ty skolonizował moje ciało” – powiedziała mi kiedyś. Takie zdania. Na początku próbowałem jeszcze oponować, powtarzałem, że jako Szwajcar nie mam nic wspólnego z kolonializmem, i że poza tym sądziłem, że to sprawia jej przynajmniej tyle samo przyjemności co mnie. Odpowiedzią był gorzki śmiech. „Już ja wiem, co to przyjemność dla umuzungu: ciągłe powtarzanie tych samych upokorzeń”.

Stan prac na dziś:
  • redakcja, adiustacja i korekta tekstu zrobiona, obecnie ostatnie szlify nanoszą na tekście tłumaczka Maria Skalska i redaktor serii KROKI Jacek Buras.
  • okładka gotowa (efekt powyżej)
  • niebawem łamanie
  • tymczasem trwają prace nad mapkami. W tomie zamieszczone zostaną dwie mapy: Rwandy i jej stolicy, Kigali - z zaznaczonymi głównymi miejscami, w których rozgrywa się akcja powieści. Nie jest to łatwe, bo redaktor Jankowicz koniecznie chce uniknąć efektu mapki z Księgi dżungli tudzież Tomka w krainie kangurów;-)) Justyna robi, co w jej mocy:) Efekty oceńcie sami (to oczywiście pierwszy szkic):
   

PS Niewykluczone, że wrócę jeszcze do tej książki. W czasie prac nad powieścią i towarzyszących im dyskusji okazało się, że można na jej treść spojrzeć z różnych perspektyw - i wcale niekoniecznie ta historyczna, dotycząca ludobójstwa, jest najważniejsza.